niedziela, 31 lipca 2011

53. Miarka - odsłona IX

Kolejny obrazek na miarce skończony.


Zanim zgrałam zdjęcie z aparatu na komputer wyhaftowałam miarkę do końca. Mam nadzieję, że jutro uda mi się ją uprać, uprasować i uszyć.

piątek, 29 lipca 2011

52. Równowaga w przyrodzie

Prawdą jest powiedzenie, że równowaga w przyrodzie musi być. Ostatnio mój nastrój był grubo poniżej średniej. Tkwiłam w głębokim dole psychicznym z powodu problemów z balustradą i paru innych spraw. Ale ostatnio spotkało mnie też sporo bardzo miłych rzeczy. Dostałam od Was przesympatyczne komentarze, od Iwony 150 i Katarzyny dostałam wyróżnienie, a na dodatek wygrałam candy u Kahlan84 .
Nastrój mi się znacznie poprawił.

Odnośnie wyróżnienia.
Dziewczyny bardzo, bardzo Wam dziękuje za wyróżnienie. Jest mi niezmiernie miło, że postanowiłyście mi je przyznać. Trudno mi jednak przekazać pałeczkę dalej i wyróżniać konkretne blogi, bo musiałabym je chyba wybierać losowo. Regularnie zaglądam na wiele blogów i ograniczenie się do konkretnej liczby ulubionych jest w moim przypadku niemożliwe. Wyróżniam wszystkie blogi, które są na pasku z lewej strony. Czytam je regularnie i nie przegapiam ani jednego wpisu. Natomiast co do napisania trochę o sobie, to pisałam już dwa razy. Ale podam linka, do wpisu, który już jest przeniesiony na ten - nowy blog.
http://robotkowebajdurzenie.blogspot.com/2007/03/40-zabawa.html


I jeszcze o barierce. Kowal - choć spóźnił się ponad godzinę - przyjechał. Barierkę poprawił,  więc jest już prawie dobrze. Prawie, bo jeszcze kilku poprawek wymaga. Ma być skończona za 2 tygodnie. Trzymajcie kciuki, żeby mu się udało dotrzymać terminu.

poniedziałek, 25 lipca 2011

50. Na uspokojenie

Nerwy mnie zżerają. Zżerają mnie już od jakiegoś czasu, ale od wczoraj nie mogę sobie miejsca znaleźć. A wszystko przez barierkę do schodów. Zamówiliśmy ją kilka miesięcy temu. Miała być gotowa na maj. Mamy końcówkę lipca. Niezły poślizg, prawda? Na początku przesuwanie terminu nas nie martwiło, bo mieliśmy czas i inne "brudne" prace do zrobienia. Ale do czasu. Fachowiec obiecywał, że zrobi ją na koniec czerwca. A wtedy to już nam się zaczęło spieszyć. No i stale słyszeliśmy "w przyszłym tygodniu". Trzy tygodnie temu przywieźli ramę barierki do przymiarki. Totalna porażka. Byliśmy załamani. Nie wiedzieliśmy, czy czekać aż poprawią czy szukać innego fachowca, który nam ją zrobi. No ale nikt nie zrobi " na wczoraj". Już się zastanawialiśmy nad jakimkolwiek ślusarzem, który nam zrobi prowizorkę za jak najmniejsze pieniądze, żeby tylko odebrać dom. No ale obecny fachowiec obiecał ją poprawić na "za tydzień". Oczywiście tych "za tydzień" znowu było już kilka. Ostatni  był w minioną sobotę - fachowiec nie przyjechał. Obiecał, że przyjedzie dzisiaj. A ja od wczoraj cała w nerwach: po pierwsze czy przyjedzie, po drugie czy przywiezie poprawioną barierkę, a po trzecie czy ta barierka to będzie to co miało być. Tylko tej nieszczęsnej barierki nam brakuje do odbioru domu. Potem trzeba będzie złożyć papiery i czekać miesiąc na odpowiedź. Boję się tylko, że bank nie będzie czekał i wymówi nam umowę kredytową za niedotrzymanie terminu umowy. Raczej nikogo w banku nie będzie obchodziło, że mieliśmy niesolidnego fachowca. A zegar bije nieubłaganie.
Z racji nerwowej atmosfery musiałam zrobić coś na uspokojenie. A że niesamowicie uspokaja mnie robienie na drutach, to wyciągnęłam włóczkę otrzymaną od Pimposhki . Włóczka ma niesamowicie energetyzujące kolory i chociaż jest jej malutko, bo tylko 50 g to na szaliczek dla malutkiej siostrzenicy powinno wystarczyć. No to się pouspokajam jeszcze troszeczkę.

niedziela, 24 lipca 2011

49. Kamizelka skończona

Jak na moje tempo pracy to bardzo szybko skończyłam tę kamizelkę. Na obecną pogodę jest w sam raz. Zdjęcia na modelu nie będzie bo model ciągle biegał i nie chciał się zatrzymać nawet na moment. Kolory wyszły trochę przekłamane ale tak to jest jak się robi zdjęcia przy sztucznym świetle.

A mnie już ciągnie do kolejnej robótki. Podejrzewam, że mogę mieć na nią dość dużo czasu, bo komputer coraz częściej się buntuje. Dzisiaj za każdym razem miałam kłopoty z uruchomieniem systemu. Boję się, że jego koniec jest coraz bliżej a na nowy na razie kasy brak.
Mam nadzieje, że jutro jednak się jeszcze pojawię. Pozdrawiam i miłej nocy wszystkim życzę.

48. Przerwa techniczna

Spróbuję skopiować stary blog w to miejsce. Zajmie mi to dużo czasu i przez kilka dni na blogu mogą dziać się różne dziwne rzeczy. Ale mam nadzieje, że uda mi  się wszystko przenieść i podzielić na kategorie. Niestety nie umiem przenieść Waszych komentarzy :(


edit:
Przeniosłam posty z dwóch pierwszych miesięcy prowadzenia bloga. Ile w nich wspomnień. Na razie przerwa w przenoszeniu.

sobota, 23 lipca 2011

47. Jak dziki osioł.

Bardzo szybko z lwicy przerodziłam się w oślicę :D
Zaraz po wczesnym obiedzie pojechaliśmy na budowę sprzątać. To co zostawili po sobie robotnicy wołało o pomstę do nieba. No to sprzątaliśmy. Mąż wziął na swe barki porządki w garażu a mnie przypadła reszta. Z racji braku rupieci w środku ta reszta poszła nawet całkiem sprawnie, z wyjątkiem łazienki. Nawet mi do głowy nie przyszło, że można tak usyfić łazienkę. To co pokazują w "Perfekcyjnej pani domu" to przy tym pikuś. Zapakowałam więc domestosy, cify i inne szmaty i szorowałam. Zdarłam przy tym nawet dość grube rękawice. Narobiłam się jak ten przysłowiowy dziki osioł, ale najważniejsze jest, że łazienka nadaje się do użytkowania. Na szczęście więcej tam już samych robotników zostawiać nie będziemy (jak mieli większą robotę to tam nocowali, więc siłą rzeczy musieli korzystać z łazienki).
Po pracy wypiliśmy pierwszą kawę w nowym domu
Smakowała wybornie (pewnie dlatego, że pierwsza). Proszę nie patrzeć na wymiętoloną serwetę - żelazka jeszcze nie przewieźliśmy - zresztą i tak nie mamy jeszcze gniazdek ;) Kawę piliśmy po japońsku, czyli siedząc na podłodze, bo krzeseł też jeszcze tam nie mamy. Przewieźliśmy dzisiaj tylko ławę, ale i tak od razu zrobiło się bardziej po domowemu.
Na szczęście maluch był grzeczny i zaraz jak tylko przyjechaliśmy padł, więc można było coś zrobić.
Za to teraz ciekawa jestem do której będzie brykać. Mąż już od dawna śpi a ja siedzę z pełnym energii dzieckiem. Ale czemu się dziwić, skoro przespał całe popołudnie (obudził się o 21-ej jak się pakowaliśmy do domu).

46. Jak lwica

Właśnie zaczęłam powątpiewać w moją normalność. Powoli przewozimy rzeczy. Na razie tylko te, które nie są nam potrzebne na co dzień. Dzisiaj też mąż zapakował dwie wielgachne torby do wywiezienia. Ale coś mnie tchnęło, żeby do nich zajrzeć. I co zobaczyłam? Moje gazetki ze wzorami na druty. Jak lwica rzuciłam się na torbę i zaczęłam je bronić od wywiezienia, bo przecież są mi niezbędne do życia. Czy to już się kwalifikuje do leczenia? Na razie jeszcze nie wiemy jak długo będziemy mieszkać w obecnym mieszkaniu. Co najmniej  miesiąc a może dłużej? Pozbywanie się na tak długi czas moich rzeczy robótkowych to dla mnie tortura. Przy okazji zgromadziłam w jednym miejscu zapasy włóczek i kordonków. Nie przyznam się ile tego mam. Na szczęście mąż nie powiedział ani słowa a bałam się komentarzy. Po dzisiejszej akcji uświadomiłam sobie jak bardzo jestem uzależniona.
A tak na marginesie - chodzi za mną kolejny projekt na drutach, który MUSZĘ zacząć natychmiast (poprzednie oczywiście jeszcze nie są skończone).
Oj, źle ze mną. bardzo źle......

piątek, 22 lipca 2011

45. Miarka - odsłona VIII

Za oknem wciąż pada, co powoduje, że miarki przybywa.


Musiałam zwiększyć odstępy pomiędzy obrazkami, więc kombinuję z pszczółkami :)

czwartek, 21 lipca 2011

44. Kamizelka "torebkowa"

Haftowanie miarki idzie nawet dość szybko, ponieważ codziennie pada. Ale, że nie pada non stop a czasem przerwy są wystarczająco długie, żeby wyskoczyć do parku, koniecznie musiałam rozpocząć nową robótkę "do torebki". W torebce zwykle noszę druty, szydełko lub czółenka. Na haftowaniu za bardzo trzeba się skupiać no i rozkładanie niteczek gdzieś na ławce w parku lub na krawędzi piaskownicy jest dość kłopotliwe. Z tego powodu nie noszę w torebce haftów (no chyba, że te skończone i przerobione np. na kosmetyczkę). Zrobiłam przegląd skarbca i wyciągnęłam końcówkę Pearl. Powinno wystarczyć na kamizelkę dla Wojtka. Robótka idealna do torebki, bo nie zajmuje dużo miejsca no i kamizelka przyda się dopiero na jesień, więc mogę sobie spokojnie dłubać bez pośpiechu. Ścieg ryżowy, więc nie wymaga patrzenia na robótkę i zamiast na druty mogę patrzeć na bawiące się dzieci .

A Wy jakie robótki nosicie w swoich torebkach? :)

wtorek, 19 lipca 2011

43. Miarka - odsłona VII

Pogoda ostatnio za bardzo nie sprzyja spacerom, więc na miarce pojawił się kolejny obrazek.
Powoli zbliżam się do końca miarki. Co do haftu, to wiem co będzie następne - też się zapisałam do zabawy w haftowanie myszek. Natomiast nie bardzo wiem co teraz zacząć na drutach a bez robótki trochę się nudzę kiedy siedzę w piaskownicy. Młody już nie chce się bawić w piasku z mamusią - woli się bawić z innymi dziećmi. Idealne warunki, żeby troszkę podziergać.

poniedziałek, 18 lipca 2011

42. Prawidła

Zastukał dzisiaj do mnie listonosz i przyniósł kopertę. Koperta jak to koperta - nic ciekawego. Ale za to co było w środku!!! Pięknie ozdobione prawidła. W rzeczywistości wyglądają o niebo lepiej niż na zdjęciu. Dostałam je od Dysiaczka Bardzo, bardzo dziękuję. Będą wspaniałą ozdobą przyszłej garderoby.
Prawda, że są piękne?

sobota, 16 lipca 2011

41. Lilac Leaf Shawl

Czyli mój szal z oryginalną nazwą. Zblokował się ślicznie, wymiarów nie zmienił. Ale po przymiarce stwierdziłam, że jego długość absolutnie mi nie przeszkadza. Idealnie pasuje do białego futerka.



Wreszcie mam do czego nosić broszkę z zielonym bursztynem, którą kiedyś dostałam od męża a do niczego mi nie pasowała
Bursztyn jest zielony. Nie wiem czemu na zdjęciu wyszedł taki kolor. Robiłam zdjęcia w różnych ustawieniach i na każdym wychodzi żółtawy.
No i słynny test obrączki - egzamin zdany, a palce mam naprawdę cienkie (czasem i dziecięce pierścionki są na mnie dobre).
Z szala jestem bardzo zadowolona. Mam nadzieję, że będzie mnie ogrzewał zimą. Robiło się go przyjemnie i podejrzewam, że zrobię jeszcze co najmniej jeden. Ciemny fiolet ostatnio mi chodzi po głowie. Też będzie pasował do białego futerka :)
Z danych technicznych - druty numer 4 i cały motek, czyli 100 gram DLG (100% wełny). Szal jest bardzo milutki i wcale nie gryzie. Zapach owcy, który mnie wczoraj zdziwił, po wyschnięciu szala całkiem wywietrzał i nic go nie czuć. Widocznie zapach ten wydzielają tylko mokre włókna. Wniosek - unikać deszczu mając go na sobie.

piątek, 15 lipca 2011

40. Blokowanie

Po upewnieniu się, że wszyscy domownicy są najedzeni zamknęłam się w kuchni i zblokowałam szal. I widzę, że przesadziłam z jego wielkością. Po zblokowaniu ma wymiary 2,35 x 0,66 metra. Nie przypuszczałam, że wyjdzie tak duży. W trakcie robienia szal mieścił mi się w garści a nie mam dłoni rozmiarów olbrzyma. Chciałam wyrobić cały motek i tak sobie robiłam aż się skończył. Szal zblokowałam na materacu, ale i materaca zabrakło. Dobrze, że miałam styropian na tyle gruby, że dorównał grubością materacowi. W każdym razie szal zajął calusieńką kuchnię i teraz nie da się do niej wejść. Mam nadzieje, że do rana wyschnie, bo przecież trzeba będzie zjeść śniadanie.
Szala nie prałam. Przepłukałam go tylko w letniej wodzie. W czasie robienia nie zakurzył się, bo cały czas go trzymałam w woreczku. Ale po zanurzeniu go w wodzie poczułam dziwny zapach. Chyba tak pachnie owca? W tej mierze doświadczenia niestety nie mam, bo pierwszy raz robiłam ze 100% wełny. Mieszanki z dodatkiem wełny takiego zapachu nie mają.


Do blokowania użyłam szpilek i drutów prostych. Drutów prostych już od dawna nie używam (bolą mnie przy robieniu na nich nadgarstki) i miałam się ich pozbyć. I dobrze, że tego nie zrobiłam, bo teraz się przydały. Jak to dobrze być chomikiem ;) Teraz się ich na pewno nie pozbędę bo kto wie ile jeszcze szali przede mną?

39. Szal - prawie koniec

Skończyłam robić szal. Zostało tylko wykończenie. Tyle, że o ile lubię robić na drutach to wykończenie mnie zwykle okrutnie męczy. Ale jak mus to mus. Wyciągnęłam styropian, żeby naciągnąć szal. No i okazało się, że będzie problem, bo styropian jest za wąski. Naciągnęłam więc tylko początek szala w poprzek styropianu, żeby przyszyć bordiurę.

Nie cierpię zszywania włóczkowych robótek. Ale oczko po oczku bordiurę przyszyłam.

Zostało tylko naciągnięcie do zblokowania. I tu pojawił się problem. Mam za mało miejsca na podłodze. Coś będę musiała wykombinować.
Jak blokujecie szale? Najpierw moczycie a potem napinacie czy najpierw napinacie a potem zwilżacie wodą????

wtorek, 12 lipca 2011

38. Chusta

Zbliżam się z szalem do końca i myślę intensywnie nad chustą z kupionej ostatnio tęczowej wełny. Podobają mi się dwa wzory: aeolian  i luna moth shawl . Coś za bardzo niezdecydowana jestem ostatnio. A może jeszcze coś innego mi wpadnie w oko?

poniedziałek, 11 lipca 2011

37. Pakuję się

Nie, nigdzie nie wyjeżdżam. Przecież dopiero wróciłam. Okazało się, że lakier na parkiecie wysechł i zaczynamy przewożenie rzeczy. Na razie tych najmniej potrzebnych a robiących w domu bałagan. Na pierwszy ogień idą książki, zimowe ciuchy, kołowrotek i jedno krosno hafciarskie. Zastanawiam się też nad wywiezieniem sporej części włóczek i tkanin. Tyle, że przy tym ostatnim trochę się waham, bo jak wywiozę to na pewno dostanę weny, żeby akurat z tego teraz - natychmiast coś zrobić/uszyć. Ale może wreszcie uda mi się choć trochę odgruzować mieszkanie?

36. Jesteśmy w domu

Wczoraj wieczorem wróciliśmy do domu. Ale nie wszyscy. Michał chciał zostać, więc został. Będziemy mieć pretekst, żeby się wybrać jeszcze raz - po dziecko ;) Z jednym dzieckiem jest w domu o wiele ciszej niż z dwójką ;)
Pogoda nam nie dopisała, ale w sobotę było ślicznie, więc wykorzystaliśmy to na wycieczkę do Muzeum Wsi Radomskiej. Dawno tam nie byłam i się mile zdziwiłam zmianami jakie w tym czasie zaszły w muzeum. Była okazja do skończenia filmu z wesele ale co się okazało? W aparacie padły baterie. A że nie są to popularne baterie, więc w miejscowym kiosku ich nie mieli - film więc dalej jest nieskończony w aparacie. Ale zrobiłam kilka zdjęć na potrzeby bloga cyfrówką.
Na początek klasyka, czyli kołowrotek i warsztat tkacki

Podobała mi się również tablica z próbkami tkanin barwionych naturalnymi barwnikami, ze szczegółowymi opisami odcieni uzyskiwanych z danych roślin. Ciekawe dla osób interesujących się farbowaniem wełny. Ja się w to nie bawiłam, ale na wielu blogach pojawiają się wpisy o tej tematyce.
Nie mogło też zabraknąć maszyny do szycia :)
I troszkę wnętrz

Ciekawe były również miniatury chat. Miały częściowo zdjęte dachy i można było zajrzeć do środka. Szkoda, że nie były umeblowane (widać jak bardzo jestem przesiąknięta forum lalkowym ;) )

Nie byłabym sobą gdybym czegoś nie kupiła w sklepiku. Zawsze interesowały mnie dawne obyczaje, więc kupiłam te książeczki
oraz pozycję związaną z Powstaniem Styczniowym.


Niestety była to jedyna wycieczka jaką zrobiliśmy w trakcie wyjazdu - pozostałe dni były deszczowe.

czwartek, 7 lipca 2011

35. Przestało padać!!!!

Hurraaaa!!!!! Z tego szczęścia mało nie oszalałam. Od razu wybiegłam z domu. Z racji poprawy pogody wybieramy się dzisiaj do kuzynostwa. Pobiegłam do sklepu, żeby kupić coś dzieciom (głupio tak iść z pustymi rękami kiedy widujemy się maksymalnie dwa razy w roku). Jak wpadłam w szał zakupów, to wyszłam ze spodniami dla Michała i bluzką dla siebie. Michałowi spodnie były potrzebne, bo ostatnio znowu urósł (no i hurtowo produkuje dziury w spodniach) ale zakup dla mnie to już było chyba podeszczowe szaleństwo. Odkąd zaczęliśmy budowę (czyli od ładnych paru lat) jestem na wariancie oszczędnościowym. Sobie kupuję jedynie włóczki na wyprzedażach i materiały na końcówkach. Doszło do tego, że na całą 3-drzwiową szafę Komandora tylko jedna półka jest moja. Dzisiaj jednak zaszalałam i kupiłam bluzkę. Na szczęście nie była droga, bo wyrzuty sumienia by mnie całkiem zjadły, ale i tak do końca nie mam czystego sumienia. No ale ileż można sobie wszystkiego odmawiać? Nie piję, nie palę, do kosmetyczki nie chodzę, do fryzjera również. Kosmetyków używam tylko tych najpotrzebniejszych, bez ekstrawagancji z perfumami itp. No nic, równowartość bluzki to tylko dwa gniazdka elektryczne. Jakoś to przeżyję a mężowi się nie przyznam (i tak nie zauważy ;) ).


P.S.
Czy Wy też tak macie, że kiedy trzeba zacisnąć pasa to oszczędzacie wyłącznie na sobie? Na dzieciach się nie da (chociaż Wojtkowi ubranek nie kupuję, bo mamy wszystko po Michale), ale panowie, których znam jakoś tak do oszczędzania na swoich przyjemnościach skorzy nie są.

środa, 6 lipca 2011

34. Ciągle pada

A kiedy pada to dzieci się nudzą. Nie pakowaliśmy zbyt dużo zabawek, bo czas mieliśmy spędzać na świeżym powietrzu (wzięliśmy rowery) i na odwiedzaniu znajomych. Odkąd przyjechaliśmy ani razu nie wyszliśmy z domu. Bo na zewnątrz nie pada ale leje!!! Do tego prognozy nie zapowiadają poprawy pogody. Chłopaki psocą bo nie mają co robić a ja już sama nie wiem jakie zabawy im wymyślać. Taką pogodę najlepiej spędzać we własnym domu, gdzie zawsze jest się czym zająć. Najlepiej byłoby wrócić do domu, ale mąż nie może wziąć wolnego w pracy, żeby po nas przyjechać. Trzeba wytrzymać do weekendu.
Natomiast ja się nie nudzę. Deszczowa pogoda bardzo sprzyja robieniu na drutach. Szala przybywa.

poniedziałek, 4 lipca 2011

33. Lokalny potop

Dzisiaj mieliśmy bardzo niemiłą pobudkę. Obudził mnie szum wody. Myślałam, że ktoś włączył pralkę. Ale za chwilę moje starsze dziecko zaczęło krzyczeć, że na podłodze jest woda. Poderwaliśmy się wszyscy. Jeszcze nigdy tak szybko z łóżka się nie zerwałam. Nikt z wody nie korzystał, krany były pozakręcane a woda się lała. Okazało się, że pękł wężyk pod zlewem w kuchni. Mieliśmy ekspresowe i nieplanowane generalne porządki w kuchni (łącznie z odsuwaniem szafek). Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale gdyby ten wężyk pękł w nocy albo gdy nikogo nie byłoby w domu to byłoby bardzo nieciekawie. I tak sobie teraz myślę, że wypadałoby wychodząc z domu zawsze główny zawór zakręcać. Tutaj to jest możliwe, ale w moim mieszkaniu niestety nie. Zawór mamy na klatce schodowej a dostęp do niego jest bardzo utrudniony, bo dzieli nas od niego galeria i dodatkowy domofon. Na szczęście teraz mamy do niego klucz, ale jak odbieraliśmy mieszkanie to kilka razy się komisja zbierała i nie mogliśmy odebrać mieszkania, bo sąsiadów nie było i nie miał nas kto wpuścić, żeby spisać stany liczników. Gdyby (tfu tfu odpukać) nam się takie coś przytrafiło i nie byłoby nas w domu to w razie nieobecności sąsiadów z owego korytarza nie ma możliwości awaryjnego zakręcenia wody. Spółdzielnia musiałaby zakręcić chyba główny zawór na cały blok. Kiedyś jednak budowali bezpieczniej. Indywidualny zawór był w mieszkaniu i jeden zbiorczy w piwnicy na każdą klatkę schodową oddzielnie.
Za oknem też woda się leje. Może i w niebie pękł jakiś wężyk?

P.S.
Połowa szalika za mną. Trochę mi się już znudziło to dziubanie z cieniutkiej nitki. Macham tymi drutami, że aż nadgarstki bolą a niewiele przybywa. Pocieszam się tylko, że po skończeniu i zblokowaniu powinno to ładnie wyglądać.


Edit:
Ledwo się uporaliśmy z lokalnym potopem, na całym osiedlu wyłączyli światło a zaraz potem wodę. Chyba coś było z ciśnieniem nie tak, skoro wybiło i na osiedlu. Możliwe, że zbyt wysokie ciśnienie wody spowodowało pęknięcie wężyka. Wodę puścili dopiero teraz. Dobrze, że pomiędzy jedną awarią a drugą zdążyliśmy się umyć i trochę wody nałapać na wszelki wypadek.
Ciekawie się ten tydzień zaczął. Strach pomyśleć co będzie dalej. Obejrzałam prognozę pogody i wynika z niej, że ma przestać padać dopiero w sobotę, kiedy będziemy już wracać do domu. No to sobie posiedzimy cały tydzień w czterech ścianach. Dobrze, że to nie płatne wczasy nad morzem. Wtedy bym się całkiem załamała. Ja co prawda za bardzo nie narzekam, bo gotować nie muszę (wreszcie mam czas na czytanie i robótki) ale chłopaki się nudzą i strasznie rozrabiają.

niedziela, 3 lipca 2011

32. Wakacjowanie

Z okazji wakacji spakowałam dzieci i wyjechałam. Nie, nie nad morze, w góry czy inne atrakcyjne turystycznie okolice. Z racji kończenia budowy w tym roku nas na to nie stać. Zrobiliśmy "najazd" rodzinie na Mazowszu. Zawsze to jednak odmiana. Powietrze dużo bardziej czyste no i nadrabiamy kontakty towarzyskie, które z racji odległości bardzo się rozluźniły. Zaproszeń dostaliśmy więcej niż dni, które planujemy tam spędzić. Nudzić się więc nie będziemy (i chyba nie porobótkuję zbyt wiele). Dostęp do internetu mam, natomiast nie mam możliwości zgrywania zdjęć na cudzy komputer (brak oprogramowania itd.) więc wpisów na blogu w tym czasie raczej nie będzie. Ale Wasze blogi będę odwiedzać jak zwykle.

Co do ostatniego wpisu, to nie tylko na drutach na budowie robię. W zasadzie to pierwszy raz miałam tak luźną tam wizytę. Za 2 lub 3 tygodnie będzie montowana barierka przy schodach a potem czeka mnie mycie dużej ilości okien i wielkie sprzątanie po cyklinowaniu parkietu na górze (cały dół jest pokryty pyłem) . Ktoś chętny do pomocy? ;)
Ja już teraz zbieram na to siły.

sobota, 2 lipca 2011

31. Co się robi na budowie?

Teoretycznie odpowiedź brzmi - buduje się.
Niestety dzisiaj wydało się co ja robię na budowie. Dziecko uwieczniło na fotce, że mamusia na budowie robi szalik. No cóż, kiedyś i ten szalik zrobić trzeba. Pilnowałam dzisiaj pana majstra i szkoda było tracić czas. Parę rzędów szalika w tym czasie powstało ;)

piątek, 1 lipca 2011

30. Miarka - odsłona VI

Od samego rana leje (nie pada tylko leje jak z cebra). Nawet nie poszliśmy na zakupy bo w taką pogodę to i przysłowiowego psa się nie wygania z domu. Dobrze, że jakieś zapasy jedzeniowe jeszcze w domu są. Zaraz nastawiam drożdże na chleb, bo chyba na kolację kupnego chleba nam braknie.
Młodszy zasnął a ja razem z nim. Ale na szczęście starszy mnie obudził, bo coś mu się w komputerze "zepsuło". No to już nie zasnęłam tylko usiadłam przy krośnie. I skończyłam tygryska.
Niech sobie bryka na miarce na zdrowie :)

29. Lajkoniku laj, laj....

Wczoraj jak co roku po Krakowie tańczył Lajkonik. Nie mogło nas zabraknąć na tej imprezie. Trzeba dzieciom przekazywać tradycje. Nie udało nam się niestety dostać w ramię buławą bo było zbyt dużo ludzi i z wózkiem nie dało rady się "dopchać" ale i tak bawiliśmy się świetnie.


Połaziliśmy troszkę po Rynku i spotkaliśmy Elvisa ;)

Lubię spacery w okolicach Rynku - tu zawsze coś się dzieje. Wróciliśmy do domu bardzo późno, ja padłam a chłopaki nie, chociaż wybiegali się jak nigdy. Skąd dzieci mają tyle energii????