niedziela, 19 lutego 2017

330. Nieślubny

Nie przypuszczałam, że wiele lat po własnym ślubie będę kiedyś jeszcze nosić na głowie welon. Ale, że życie może zadziwić przekonałam się już wiele razy. 
Na wielu portretach i rycinach z epoki empire kobiety mają welony. I nie są to portrety ślubne. Po prostu wtedy się je nosiło. Pomyślałam, że też taki welon zrobię. Wyciągnęłam z zapasów kawałek tiulu i nici i zaczęłam działać. 

Najwięcej kłopotu sprawiło mi przeniesienie wzoru na tiul. Próbowałam zmywalnym mazakiem, kalką i nie dało rady. Jedynym wyjściem było rozrysowanie całości na kalce technicznej, przyszycie tiulu do kalki i haftowanie po wzorze bez dotykania kalki. Jako, że tiulu z kalką nie dało się naciągnąć na tamborek, cały welon musiał być rozłożony płasko na stole. I tu dziękowałam opatrzności, że nie zachciało mi się welonu długiego. Nie mam na tyle dużego stołu, że pomieścił długi welon w całości. Przez kilka dni rodzina była pozbawiona stołu, ale warto było. Welon mi się podoba. Tylko czy jeszcze trafi mi się okazja, żeby go założyć?


środa, 25 stycznia 2017

329. HAED odsłona 5, czyli warsztat pracy a zdrowie

Przyznam, że mam z tym wzorem trochę problemów. A właściwie nie tyle ze wzorem co z jego rozmiarem. Jest on większy niż pole pracy na moich obu krosnach. Jedno z nich ma ramę regulowaną, więc zdjęłam ją z krosna, przesunęłam drążki i naciągnęłam kanwę. Ramę zamontowałam na stojaku do tamborka. I niby wszystko pięknie, ale rama pod własnym ciężarem opada i stojak nie jest w stanie jej utrzymać. W czasie haftowania muszę opierać ją o poręcze fotela.

I niby wszystko jest fajnie, pod warunkiem, że mam długie przerwy w haftowaniu. Czasem jednak mam zrywy i chcę haft podgonić, bo gryzą mnie wyrzuty sumienia, że dawno już powinnam go skończyć a nadal mam tak mało.
Dopiero niedawno zorientowałam się, że drętwienie ręki, bóle i zawroty głowy są związane z kręgosłupem szyjnym. Trochę mnie to uspokoiło, bo już sobie wyobrażałam nie wiadomo jakie choroby. Ale skąd problemy z kręgosłupem szyjnym? Ano od mojej ramy do haftu. Rama leży na moich kolanach, kanwa to 18-tka, więc żeby widzieć muszę się mocno schylać.
Przez ostatni weekend spędziłam nad haftem znaczną ilość godzin - wszystkie dolegliwości wróciły.
Pożegnałam się więc z ramą. Haft naciągnęłam na tamborek, który jest lekki a stojak utrzymuje go na tyle wysoko, że nie muszę się schylać. Minusem jest jednak ograniczony rozmiar pola haftu i nieco przeszkadza to przy parkowaniu. Ale nic to - zdrowie ważniejsze. W planach mam zakup większego tamborka, może będzie łatwiej.
Ale za to mogę się pochwalić krzyżykami, które przybyły :)

I haftuję nadal, tyle, że w innych warunkach. Oby zawroty głowy już nie powróciły. Dbajcie o swój warsztat pracy. Robótkowe gadżety też są ważne.


wtorek, 24 stycznia 2017

328. Karnawał czas zacząć

Z wielkiego chaosu w pracowni (czytaj z wielu niedokończonych prac) wreszcie coś się wyłoniło.
Latem powstała frywolitkowa koronka (z tego wpisu)
i tak sobie leżała czekając na swój czas.
Jakiś czas temu (też dość dawno) kupiłam perełki
W domu od dłuższego czasu leżał granatowy bawełniany aksamit i zajmował miejsce. Aż nadszedł dzień, kiedy wszystko połączyłam w jedno i powstała suknia.
Pierwszy raz miałam ją na sobie na imprezie andrzejkowej w dworku w Branicach, ale jakoś tak się złożyło, że nie doczekała się zdjęć.
Drugi raz założyłam ją na bal zorganizowany na zamku w Oświęcimiu.
I wreszcie mam zdjęcia, na których widać suknię w całości :)
foto: Paulina Kowalczyk

foto: Monika Kozień - fotografia
foto: Monika Kozień - fotografia
foto: Paulina Kowalczyk
foto: Monika Kozień - fotografia

I to uczucie, kiedy wreszcie coś skończyłam i zwolniło się odrobinę miejsca w szafce z materiałami :D

A bal był rewelacyjny. Wszystko było wspaniałe - zamek, padający śnieg, tańce, pięknie udekorowany stół i goście, którzy ubrani byli zgodnie z wymogami danej epoki. Jednym słowem - bal idealny. Przenieśliśmy się w czasie i nic nas nie rozpraszało.
Oby takich więcej :)

środa, 4 stycznia 2017

327. Wyrzuty sumienia, czyli czego NIE zrobiłam w 2016r.

Na wielu blogach okres noworoczny jest okresem podsumowań prac wykonanych w 2016r. Piękne to bardzo. U mnie jednak będzie odwrotnie. Zaprezentuję prace, które powinny być skończone, ale nie są. Jednym zabrakło mniej, innym więcej. Będę je prezentować po kolei z nadzieją, że zanim przyjdzie kolej na pokazanie następnej pracy, to zdążę ją skończyć (w jednej np, trzeba tylko wciągnąć sznureczek ;) )
Może uda mi się pokonać słomiany zapał i za rok takiego postu już nie napiszę :)
Przedstawiam więc pracę numer 1, czyli największy wyrzut sumienia - wachlarz - robiony jako prezent dla znajomej, którą bardzo cenię i szanuję.
Wykonane prace:
1. Poszukiwania odpowiedniego mocnego, drewnianego stelaża. Zajęły sporo czasu, zakończyły się sukcesem - stelaż kupiłam.
2. Poszukiwania nici odpowiednio cienkich, mocnych i w kolorze stelaża. Znowu sporo czasu, ale znalazłam i kupiłam.
3. Poszukiwania odpowiedniego wzoru a potem dopasowanie go do rozmiarów stelaża. Samo dopasowanie zajęło mi 2 dni.
A wachlarza jest tyle:


niedziela, 1 stycznia 2017

326. Z Nowym Rokiem :)

Nowy Rok sprzyja podsumowaniom, robieniom postanowień, zaczynaniem pewnych rzeczy od nowa. Nigdy tego nie robiłam, ale kiedyś musi być pierwszy raz :)
Moja noworoczna obietnica: prowadzić blog regularnie. Pokazywać prace w trakcie tworzenia. Czekanie aż praca będzie skończona, będzie odpowiednie tło, światło, okazja itp. kończy się na tym, że na blogu wieje wiatr rozwiewający zalegający kurz.

Wszystkim czytelnikom życzę zdrowia, spełnienia marzeń i wytrwałości w dążeniu do celu :)
Niech nam się szczęści!!!!


sobota, 17 grudnia 2016

325. Wycieczka do raju dla amatorów nitek, szmatek i staroci.

Słyszeliście na pewno powiedzenie "raj na ziemi". Dla każdego oznacza to co innego. Dla mnie, zafascynowanej nitkami, tkaninami i starociami takim rajem jest miejsce, gdzie tego typu rzeczy jest dużo. A jak jeszcze będą zgromadzone wszystkie w jednym miejscu, to już nie można chcieć więcej (no chyba, że przebywać tam częściej). Dlatego bardzo entuzjastycznie podeszłam do zorganizowanej przez Muzeum Narodowe w Krakowie wyprawy do pracowni konserwacji tkanin. Nie mogłam się doczekać, a czekać musiałam bardzo długo, bo pierwotny termin - listopadowy - został odwołany i wszyscy zaproszeni zostali na grudzień - cały miesiąc później. Ale się doczekałam :)
Wraz z grupą pasjonatów poszliśmy do pracowni. O pracowni, samej pracy i eksponatach opowiadała nam kierowniczka działu a my słuchając miałyśmy okazję oglądać panie konserwatorki pracujące nad przywróceniem świetności wspaniałemu dywanowi. A nie był to byle jaki dywan, tylko dywan zdobyty przez polskie wojska pod Wiedniem. Dostał się do Polski wraz z innymi łupami wojennymi. Pokaźnych rozmiarów (10 na 4 metry) został w przeszłości pocięty na 8 kawałków i teraz trwają prace nad złączeniem go w całość (niestety nadal brakuje fragmentów dywanu) i zabezpieczeniem tego co z niego zostało.
Kolejnym cudem, nad którym pracowano był XVIII-wieczny haftowany obraz. Haft płaski. Majstersztyk. Cieniowanie doskonałe. Nici grubości włosa albo i cieńsze. Do tego złote nici, również różnych grubości, co dawało niesamowity, trójwymiarowy efekt. Byłam zachwycona zarówno samym dziełem jak i rękami, które to stworzyły. Uzupełnienie brakujących fragmentów haftu również wymagało nie lada umiejętności.
Kolejnym przedmiotem, nad którym trwały prace była przepiękna koronka z metalizowanych nici. I tu konsternacja. Nie mam pojęcia jaką techniką została wykonana. Wyglądała jak konstrukcja z drutu, na której potem tworzono wzór poprzez owijanie metalizowanych nici.
Pokazano nam również sztandar pogrzebowy malowany na tkaninie. Był już wyczyszczony, ale jeszcze w kawałkach. Pełne odrestaurowanie zajmie zapewne bardzo dużo czasu.
Mieliśmy również okazję obejrzeć miejsce, w którym tkaniny są czyszczone. Ogromne, specjalnie do tego celu stworzone wanny. Pierze się w nich na płasko na specjalnych siatkach. Coś niesamowitego.

Zapytałam o pozwolenie na zrobienie zdjęć i ją dostałam, ale zapomniałam zapytać o zgodę na ich publikację w sieci. Jakoś mi to nie przyszło do głowy, a teraz zaczęłam się zastanawiam czy powinnam je bez takiej zgody publikować i stwierdziłam, że skoro się waham, to chyba jednak nie powinnam tego robić.
Ale gdybyście mieli kiedyś okazję być w takiej pracowni to szczerze zachęcam. Mam nadzieję, że mnie też jeszcze kiedyś uda się powtórzyć wizytę w moim raju na ziemi :)

I wiecie co? Chciałabym mieć taką pracę. To niesamowite uczucie mieć w ręku kawałek historii i doprowadzać go do stanu dawnej świetności, szczególnie gdy kocha się takie prace ręczne.

P.S.
Mojego haftu sporo przybyło i mam nadzieję, że wreszcie się zmobilizuję i zrobię zdjęcia zaległych prac, bo nazbierało się ich już sporo. Niektóre są już intensywnie użytkowane a nadal nie zostały sfotografowane.

środa, 2 listopada 2016

324. Nowy kapelusz najlepszym lekarstwem na chandrę

Kiedyś, gdy kobieta miała chandrę, szła do modystki i kupowała nowy kapelusz. Dzisiaj już mało kto nosi kapelusze a jeszcze mniej kupuje bądź zamawia je u modystek. A jeśli potrzebny jest nowy kapelusz i nie ma takiego w sklepach, to trzeba go zrobić samemu.
Zbliżał się Zlot Krynoliny w Ojcowie a stary słomkowy kapelusz już mi się znudził. No jak nic trzeba było sprawić sobie nowy, w dodatku pasujący do posiadanych ciuchów.
Szybki przegląd zapasów (dodam, że dość sporych zapasów) materiałów w szafie doprowadził mnie do wniosku, że nic się nie nadaje, nic nie pasuje i w ogóle nie mam z czego zrobić kapelusza i włączył się nastrój na marudzenie.
Ale od czego koleżanki? Nie ma to jak przyjadą dwie Alicje jednocześnie :)
Jedna przywiozła kawałek grubego filcu a druga kawałek lambrekina od lumpeksowej zasłony, który miał być materiałem próbnym. Okazało się, że ten kawałek idealnie pasuje kolorem do mojej sukienki. Tak więc wykrój próbny powstał z czego innego a kawałek lambrekina zagarnęłam ja :)
A nie był to byle jaki lambrekin, bo uszyty był z pięknego bordowego bawełnianego (!) aksamitu.
Wstążka w domu była, strusie pióro też, kawałek batystu i koronki wygrzebałam w szufladzie z resztkami. Wykorzystałam też czerwony kamień, który kupiłam kilka lat temu bo mi się podobał i tak sobie leżał czekając na swój czas. No to się doczekał :)
A co mi wyszło? A to:

A tak się prezentowałam w całości :)

foto: Paulina Kowalczyk
Jedyne zdjęcie z całego zlotu. Miałam pecha i w przeddzień zlotu rozwaliłam sobie stopę. Cały zlot przesiedziałam na krześle, więc na zdjęciach mnie nie ma. Nie dałam rady iść z dziewczynami na sesję. Ale nic to. Odbiję sobie za rok :)

P.S.
Jak widać Piękna Marianna dostała wreszcie perukę :)